Treść strony

 

Brak wzroku to nie koniec świata – Radosław Nowicki rozmawia z Marcinem Ryszką

– Mam nadzieję, że szeroko transmitowane igrzyska paraolimpijskie będą kopem motywacyjnym dla osób z niepełnosprawnościami. Chciałbym, aby coraz więcej ludzi niepełnosprawnych studiowało i szukało swojej drogi w życiu, a nie liczyło na PFRON, siedziało na rencie, pobierało 500+ i mówiło, że tak da się żyć – mówi Marcin Ryszka, niewidomy dziennikarz i komentator sportowy.

Marcin Ryszka jest niewidomy od ponad dwudziestu pięciu lat. Nie widzi jednak przeszkód, aby aktywnie korzystać z życia. Jest mistrzem świata w pływaniu, dwukrotnym uczestnikiem igrzysk paraolimpijskich, a przez ostatnie lata rozwija się w sferze dziennikarskiej. Pracuje w radiu Weszło FM, komentował zmagania pływackie w igrzyskach paraolimpijskich w Tokio, a także mecz piłkarskiej reprezentacji z Anglią. Dalej chciałby iść dziennikarską drogą i rozwijać drużynę blind footballu, którą prowadzi. O swojej pracy rozmawia z Radosławem Nowickim.

Radosław Nowicki: – Za nami igrzyska paraolimpijskie w Tokio. Była to już druga tego typu impreza, którą miał Pan przyjemność komentować. Czy towarzyszyły Panu jakieś dodatkowe emocje, czy podchodził Pan do tego już z większym spokojem?

Marcin Ryszka: – Przez pięć lat zyskałem bardzo dużo doświadczenia, ponieważ od 2018 roku pracuję w radiu sportowym, więc mam już obycie z mikrofonem. Przede wszystkim skupiałem się na tym, że komentowałem, a nie było mnie widać. Nie lubię występować publicznie. Jako osoba niewidoma nie jestem w stanie stwierdzić, czy dobrze wyglądam. Niestety, mam taką przypadłość, że bardzo często zastanawiam się, czy krawat jest dociągnięty, czy widać koszulę. Dlatego negocjowałem z wydawcą w TVP Sport, żebym mógł codziennie komentować, ale tak, by nie pełnić roli eksperta w studiu. Stresu więc nie było, ale pojawiło się pewne podekscytowanie, że będę komentował starty Polaków. Skomentowałem swój pierwszy olimpijski medal Oliwii Jabłońskiej, co było dla mnie ogromnym przeżyciem.

R.N.: – Igrzyska współkomentował Pan z Przemysławem Babiarzem i Jarosławem Idzim. Oni zajmowali się tym, co dzieje się na pływalni, a Pan całą otoczką. Widać było, że sprawia to Panu dużą przyjemność i ma pan wiedzę, której mogą nie mieć bardziej doświadczeni komentatorzy sportowi…

M.R.: – W komentatorstwie jest przyjęty taki model, w którym jest tak zwana jedynka i dwójka. Jedynka odpowiada za to, co dzieje się na ekranie i gra emocjami, natomiast dwójka jest ekspertem, który ma uatrakcyjniać przekaz. Nikt nie oczekiwał, że ja będę opowiadał o tym, co dzieje się na pływalni albo, że Lewandowski strzelił bramkę. Oczywiście, mam wiedzę, znam sporo pływaków, znam też przepisy dotyczące parapływania, ale do każdego dnia transmisji musiałem się przygotowywać. Dodatkowo szukałem wyników, rekordów życiowych, anegdotek związanych z poszczególnymi zawodnikami. Kosztowało mnie to sporo pracy.

R.N.: – Chyba w przypadku osób niewidomych jest to jeszcze trudniejsze zadanie?
M.R.: – Rzeczywiście, kosztuje to więcej czasu i wysiłku, ale jestem już do tego przyzwyczajony, że komuś znalezienie jakiejś informacji w internecie zajmuje 15 sekund, a mi 20 minut. Często pojawiają się trudności technologiczne polegające na tym, że gadacz ma problem, żeby coś odczytać, choćby statystyki wrzucone w formie graficznej, co zawsze mnie ogromnie irytuje. Przykładowo, jak ktoś sprawdza, ile dany piłkarz grał minut w danym sezonie, to ma informację w formie tabeli. My jako niewidomi musimy przebijać się przez te wszystkie kolumny i wiersze, jeszcze po drodze kursor dwa razy potrafi się zawiesić, a człowieka wtedy szlak może trafić. Dlatego staram się szukać ułatwień – jakichś aplikacji, dzięki którym można sprawniej uzyskać dane informacje. Zauważyłem też, że częściej korzystam z telefonu niż z komputera, bo dużo szybciej mogę coś znaleźć.

R.N.: – W tym roku dużo było relacji z igrzysk paraolimpijskich. Transmitowała je TVP Sport, przebijały się do głównych serwisów informacyjnych, w internecie też było sporo informacji na ten temat. Czy możemy powiedzieć, że sytuacja się poprawia?

M.R.: – Powoli zaczynamy gonić świat. Po raz pierwszy kamera na igrzyska paraolimpijskie pojechała do Atlanty w 1996 roku. Jako jeden chyba z trzech krajów w Europie nie pokazywaliśmy ceremonii otwarcia igrzysk paraolimpijskich w Pekinie i Londynie. Będąc na tych igrzyskach, byłem w szoku, jak zobaczyłem, że chińska telewizja pokazywała wszystkie wydarzenia, a zawodnicy niepełnosprawni byli tam traktowani jak gwiazdy. Pływanie skończyłem w 2014 roku i postawiłem sobie za cel, aby igrzyska paraolimpijskie w Rio de Janeiro były transmitowane w polskiej telewizji. Fundacja, w której pracowałem, miała projekt o nazwie „Pokażcie nas w Rio”. Ogromnym naszym sukcesem było to, że udało się między innymi Przemka Babiarza, Jarka Idziego, Rafała Patyrę, Marka Jóźwika zainteresować sportem paraolimpijskim. Przekonali się oni, że to jest sport, który może się ludziom podobać, może budzić emocje, że niepełnosprawność często schodzi w nim na dalszy plan, a także, że jest to kopalnia tematów. Świetną robotę wykonuje Polski Komitet Paraolimpijski. Coraz więcej zawodników dba też o swoje social media, więc jest dużo łatwiej uzyskać wiedzę na temat ich sukcesów. Cieszę się, że niepełnosprawność stała się „modna”, że ludzie coraz mniej się jej boją, ale musimy uważać, aby nie wpaść w pułapkę, że niepełnosprawni są herosami albo nadludźmi, bo przy takim podejściu będziemy krzywdzić zwyczajnych niepełnosprawnych. Nie możemy popadać ze skrajności w skrajność, bo przecież nie każdy niepełnosprawny musi zajmować się sportem. Cały czas staram się pokazywać, że osoby niepełnosprawne mogą sobie radzić w życiu, ale nie można zapominać, że jest to bardzo trudne. Tak naprawdę każde nasze wyjście z domu wiąże się z przełamywaniem barier. Nie możemy ot tak iść na przystanek czy znaleźć sobie taksówkę. Zawsze jest to dla nas jakieś wyzwanie. 

R.N.: – Ale te transmisje mogą być iskrą dla osób niepełnosprawnych, które siedzą w domach, żeby coś zmieniły w swoim życiu, żeby zawalczyły o siebie. Nie od razu muszą jechać na kolejne igrzyska paraolimpijskie, ale chodzi o to, aby niepełnosprawność nie przesłoniła im sensu życia. Prawda?
M.R.: – Dostałem propozycję napisania książki w temacie „co byś chciał wiedzieć o życiu niewidomych, a wstydzisz się albo nie masz kogo zapytać”. Pomyślałem sobie, że jest ona potrzebna, bo może właśnie ktoś siedzi w domu i nie może sobie życia poukładać. Może właśnie potrzebuje takich historii, żeby uwierzyć, że się da. Mam nadzieję, że ta książka, te szeroko transmitowane igrzyska paraolimpijskie będą takim kopem motywacyjnym dla osób z niepełnosprawnościami. Oczywiście, na pewno będą tacy ludzie, którym i tak nie będzie się chciało. Mam jednak nadzieję, że coraz więcej ludzi niepełnosprawnych będzie studiowało i szukało swojej drogi w życiu, a nie liczyło na PFRON, siedziało na rencie, pobierało 500+ i mówiło, że tak da się żyć.

R.N.: – Wcześniej wspomniał Pan o starcie na igrzyskach olimpijskich w Londynie. Od tego czasu minęło dziewięć lat. Jak w tym okresie zmienił się sport paraolimpijski?
M.R.: – Wydaje mi się, że wielkich zmian nie ma. Różnica jest tylko taka, że teraz jest większe zainteresowanie w Polsce igrzyskami paraolimpijskimi niż w czasach, kiedy ja w nich uczestniczyłem. Żeby osiągnąć sukces, trzeba trenować tak jak zawodnicy pełnosprawni. Powiedziałbym nawet, że poziom sportowy w Tokio był niższy niż w Londynie, gdzie pływaliśmy szybciej. W ogóle pływacy z Europy mieli problem z uzyskiwaniem dobrych rezultatów. Medale się zgadzały, ale ich czasy nie były rewelacyjne. Uważam, że zawodnicy niepełnosprawni muszą jak najwięcej trenować z pełnosprawnymi, aby rywalizacja na treningach nakręcała ich do rozwoju. Według mnie jest to droga do tego, żeby wyniki sportowe pływaków niepełnosprawnych były coraz lepsze.

R.N.: – W pływaniu w Tokio zdobyliśmy tylko jeden medal – brąz wywalczyła Oliwia Jabłońska. To znaczy, że świat nam trochę uciekł przez te ostatnie pięć lat?
M.R.: – Nie trochę, a bardzo nam uciekł. Przykre jest to, że nie bardzo mamy pomysł na to, jak go gonić. W Atenach w pływaniu wywalczyliśmy około dwudziestu medali, w Pekinie było ich dziesięć, w Londynie już tylko trzy, w Rio – dwa, a w Tokio zaledwie jeden. Obawiam się, że jak karierę zakończy Wojtek Makowski i Oliwia Jabłońska, to nie będzie komu zdobywać medali, bo nie widać młodego zaplecza, które w perspektywie trzech lat mogłoby się liczyć w walce o podium w Paryżu. Musi to pójść w stronę, w którą poszła paralekkoatletyka, bo jak nic się nie zmieni, to możemy doczekać się takiej przykrej sytuacji, że w Paryżu nie zdobędziemy żadnego krążka.               

R.N.: – A co jest przyczyną regresu w polskim pływaniu? Brakuje bardziej systemu szkolenia czy pieniędzy?
M.R.: – Przede wszystkim brakuje scoutingu, czyli pozyskiwania ludzi, którzy mogliby zacząć trenować i zdobywać medale. Przykładowo w szpitalach przebywają osoby po wypadkach. Związki sportowe powinny nawiązywać współpracę z takimi ośrodkami, żeby lekarze mogli popchnąć swoich pacjentów w którymś kierunku, żeby pokazali im, że świat się dla nich nie skończył. Sam prowadzę drużynę blind footballu i widzę jak ciężko jest zaangażować do treningów nowych zawodników. Niestety, teraz mamy takie czasy, że ludzie wolą siedzieć przy komputerze, porozmawiać z kimś na facebooku niż ruszyć tyłek i coś zacząć robić.

R.N.: – To wróćmy jeszcze do komentowania. Przeglądał Pan opinie ludzi czy były one Panu obojętne?
M.R.: – Czasami zerkam na komentarze. Jeśli ktoś moją wypowiedź skrytykuje albo napisze, że coś mogłoby być lepiej, to takie opinie są dla mnie ważne, bo pomagają mi się rozwijać. Dużo jest pozytywnych komentarzy oraz niedowierzających, że niewidomy może komentować. Wiadomo, że w internecie każdy może napisać, co mu się żywnie podoba, więc są też kozaki, które piszą coś w stylu „ślepy komentuje, cha, cha!”, ale mnie takie rzeczy nie ruszają. Większość opinii jest pozytywnych.

R.N.: – A czuje Pan, że przez swoją pracę działa na rzecz środowiska osób niepełnosprawnych i pomaga uświadamiać społeczeństwo, że my jesteśmy takimi samymi ludźmi?
M.R.: – Nie czuję się ambasadorem środowiska niepełnosprawnych. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że jakąś reklamę niewidomym robię. Chciałbym, aby za kilka lat w przestrzeni publicznej było nas jeszcze więcej, bo przecież brak wzroku to nie jest koniec świata. Trzeba jednak pamiętać, że osoby z dysfunkcją wzroku są różne. Kiedyś kumpel napisał mi, że w McDonaldzie widział dwóch niewidomych, którzy się kiwali i nie wiedział, czy coś im się dzieje, czy może im jakoś pomóc. Wyjaśniłem mu, że nic nie zrobi, bo to są tak zwane blindyzmy, czyli zachowania, nad którymi nie mają kontroli. Innym razem ktoś chciał pomóc osobie niewidomej na ulicy, a ona odwróciła się do niego tyłem i nie patrzyła na jego twarz. Staram się tłumaczyć, że zachowanie niewidomych zależy od wielu czynników.

R.N.: – No właśnie, komentując mecz Polska – Anglia, udowodnił Pan, że brak wzroku to nie jest koniec świata. Wspomniał Pan w mediach społecznościowych, że spełniło się Pana marzenie.
M.R.: – Chciałem kiedyś skomentować mecz polskiej ekstraklasy, a pojawiła się propozycja dotycząca meczu Polska – Anglia. Od razu wsadzono mnie na wysokiego konia. Najfajniejsza była opinia od ludzi, którym ktoś z rodziny puścił ten komentarz, a dopiero na jego końcu dowiedzieli się, że ja jestem niewidomy. Fajnie, bo to są takie momenty, w których niepełnosprawność nie jest na pierwszym miejscu.

R.N.: – A co łatwiej jest komentować – pływanie czy piłkę nożną?
M.R.: – Pływanie komentowało mi się o wiele łatwiej niż piłkę nożną. W trakcie meczu Polska – Anglia wykorzystałem trzy z piętnastu stron ciekawostek wypisanych w Wordzie. Po spotkaniu Tomek Smokowski powiedział mi, że to bardzo dobry wynik, który oznacza, że mecz nie był nudny i że nie trzeba było dużo „szyć”. Jednak było to zupełnie inne komentowanie, bo przez 90 minut byliśmy na antenie tylko z krótką przerwą, a przy pływaniu pojawialiśmy się na antenie na 15 minut i była przerwa, później znowu na 15 minut. Nie było komentowania dłuższym ciągiem, co jest dużo trudniejsze. Mimo wszystko cieszę się, że skomentowałem swój pierwszy mecz piłkarski. Mam tylko nadzieję, że nie był to pojedynczy epizod, tylko że będę miał okazję to robić częściej. W przyszłym roku odbędzie się mundial. Fajnie byłoby skomentować jakiś mecz mistrzostw świata. 

R.N.: – Co jest dla Pana ciekawszym zajęciem: praca w radiu czy w telewizji?
M.R.: – Komentowanie w telewizji jest dla mnie pewną odskocznią, a praca w radiu jest zdecydowanie ciekawsza. Moją ulubioną formą dziennikarską jest wywiad. Bardzo lubię je przeprowadzać i rozmawiać z ludźmi. To mnie najbardziej kręci.

R.N.: – A ma Pan jakieś dziennikarskie marzenia?
M.R.: – Tak naprawdę nie mam żadnych marzeń, mam za to plany, które staram się realizować. Chciałbym komentować mecze piłkarskie regularnie – żeby nie była to jednorazowa przygoda, ale żeby było to coś, co będzie działo się częściej i cyklicznie.

R.N.: – Tego więc Panu życzymy!


Artykuł publikowany w ramach projektu „TYFLOSERWIS 2021–2024 INTERNETOWY SERWIS INFORMACYJNO-PORADNICZY", dofinansowany ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.