Treść strony

 

Fonoskopia - co to takiego? Z Bogdanem Rozborskim - ekspertem w tej dziedzinie - rozmawia Renata Nowacka-Pyrlik

Bogdan Rozborski – rocznik 1971, wykształcenie wyższe (filologia angielska), informatyka (samouk). Od urodzenia ma problemy wzrokowe kwalifikujące do umiarkowanego stopnia niepełnosprawności. Od sześciu lat mieszkaniec Łodzi, wcześniej Warszawy. Pracuje w zawodzie eksperta wydającego opinie fonoskopijne.

Zacznijmy może od definicji – co to jest fonoskopia?

Najogólniej rzecz biorąc – jest to dziedzina kryminalistyki, zajmująca się badaniem zjawisk akustycznych, utrwalonych w postaci nagrań dźwiękowych. Badania fonoskopijne koncentrują się na trzech zasadniczych zagadnieniach:

  • spisywaniu treści wypowiedzi osób wraz z interpretacją zjawisk akustycznych towarzyszącym nagranym rozmowom,
  • identyfikacji mówców na podstawia analizy mowy oraz
  • badaniu autentyczności nagrań dźwiękowych.

Efektem badań fonoskopijnych są ekspertyzy zawierające opinie fonoskopijne, wydawane przez eksperta prowadzącego badania. Jako dziedzina interdyscyplinarna fonoskopia wykorzystuje wiedzę z wielu dziedzin, poczynając od językoznawstwa (w szczególności fonetyki i fonologii), poprzez psycholingwistykę, anatomię aparatu mowy, akustykę, po elementy informatyki i elektroniki. Fonoskopia stwarza możliwości oceny i interpretacji zdarzeń akustycznych w taki sposób, że nagranie staje się dowodem w prowadzonym śledztwie lub toczącym się procesie sądowym.

Co Pana skłoniło do zainteresowania się tą dziedziną?

To jest wypadkowa różnych okoliczności. O fonoskopii słyszałem, będąc jeszcze na studiach. Natomiast znacznie wcześniej widziałem film kryminalny „Zabij mnie glino” z 1987r., z udziałem Piotra Fronczewskiego, w którym on, jako milicjant-ekspert, identyfikował osobę na podstawie nagrania. Kto wie, czy to nie ten właśnie obraz stał się w moim przypadku zalążkiem pomysłu na przyszłą pracę.

Dziś jest Pan ekspertem w dziedzinie fonoskopii, biegłym sądowym zarejestrowanym przy Sądzie Okręgowym w Warszawie. Prowadzi Pan samodzielnie Laboratorium fonoskopii i rekonstrukcji nagrań audio-wideo. Pewnie bardzo trudno zarejestrować i prowadzić taką działalność…

Niestety, po wejściu w życie ustawy o „uwolnieniu zawodów”, rejestracja takiej działalności nie stanowi dziś żadnego problemu. Praktycznie każdy może jej dokonać – wystarczy bowiem mieć trzyletnie wykształcenie zawodowe i ukończone 18 lat.

Wymienił Pan wykształcenie zawodowe, to znaczy jakie? Można być na przykład krawcem czy monterem (nie umniejszając roli tych zawodów), by prowadzić taką działalność?

Pewnie żaden sąd nie dopuściłby do opiniowania w zakresie fonoskopii krawca czy montera. Jednak wskutek absurdalnych przepisów, niewystarczające kwalifikacje są dziś wystarczające, by zajmować się opracowywaniem ekspertyz, na przykład fonoskopijnych. Dobrym przykładem są tu tzw. „informatycy”, którym często wydaje się, że wystarczy powierzchowna wiedza i przeciętny słuch, by zajmować się niełatwą dziedziną, jaką jest fonoskopia. Celem zliberalizowania przepisów dotyczących ustanawiania biegłych było usprawnienie działania wymiaru sprawiedliwości, a tym samym skrócenie czasu trwających postępowań. Tylko, niestety, wbrew oczekiwaniom, że przyspieszy to ich wykonywanie, efekt jest odwrotny (wskutek braku predyspozycji i odpowiednich kwalifikacji osób, które postanowiły zająć się fonoskopią, zamiast przyspieszenia, następuje jeszcze większe opóźnienie procesów sądowych). Niejednokrotnie zdarza się konieczność powoływania kolejnego biegłego do tej samej sprawy, gdyż wydana opinia, mówiąc delikatnie, mija się z faktami.

Natomiast wcześniej, aby uzyskać status biegłego sądowego, trzeba było wykazać się praktyką; funkcjonował taki trochę czeladniczy system na zasadzie „mistrz – uczeń” i to według mnie było dobrym rozwiązaniem. W dość długim okresie praktykowania „mistrz” rekomendował „ucznia” i brał za niego odpowiedzialność, również karną. Tak było w moim przypadku, i pani, która była moją kilkuletnią nauczycielką w tym zawodzie, mogła w skrajnych sytuacjach odpowiadać za moje błędy. Z pewnością ewentualne potknięcia „ucznia” mogły kłaść się cieniem na reputacji „mistrza”, co z pewnością było czynnikiem motywującym „ucznia” do pilniejszej nauki, a później rzetelniejszej praktyki.

Jak przebiegała Pana ścieżka zawodowa, zanim postanowił Pan zająć się obecną praktyką?

Po studiach na Wydziale Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego, zainteresowała mnie sprawa dość niszowa, mianowicie tworzenie specjalistycznego sprzętu w oparciu o dźwięk. Chciałem zająć się tworzeniem prototypów urządzeń do pomiaru i przetwarzania cech fizycznych dźwięku. Zamierzałem w tej działalności wykorzystać wiedzę językoznawczą, wyniesioną ze studiów i połączyć ją z programowaniem. Pracę taką znalazłem i dawała mi ona sporo satysfakcji.

W tamtym okresie zaproponowałem nawet pewne rozwiązanie związane z syntezą mowy dla osób niewidomych. Było to w miarę udane i przede wszystkim tanie rozwiązanie, zoptymalizowane do zastosowania w bardzo prostych urządzeniach. Niestety, z powodu braku środków projekt ten nie został w końcu wykorzystany.

Tymczasem nowoczesne technologie stawały się coraz bardziej zminiaturyzowane, a ja – mając określone problemy wzrokowe – zacząłem, chyba po raz pierwszy w życiu, brutalnie zderzać się z przeciwnościami, których nie byłem w stanie pokonać. Wreszcie musiałem dojść do wniosku, że pomimo chęci i odpowiedniego przygotowania, nie jestem już w stanie tworzyć prototypów.

Pana zdaniem, dopiero wówczas, w dobie miniaturyzacji, ograniczenia wzrokowe stały się barierą w wykonywaniu wymarzonej pracy. A jak Pan radził sobie podczas studiów?

W pewnym momencie, ponieważ było to mało efektywne, przestałem pisać ręcznie. Pisałem wyłącznie na komputerze, posługując się pozwalał wówczas, i nadal pozwala, na korzystanie z komputera w dużym zakresie. Dlatego do dziś nie używam bardziej zaawansowanych technik. Czasem tylko, by zaoszczędzić wzrok, korzystałem na studiach (i korzystam dziś) z mowy syntetycznej przy czytaniu większej ilości tekstu. Nic jednak nie zastąpi wzrokowego kontaktu z tekstem, który nie tylko usprawnia dostęp do informacji, ale daje tę szczególną przyjemność obcowania ze słowem pisanym, której, moim zdaniem, nigdy nie da odsłuchiwanie tekstu przeczytanego przez nawet najwybitniejszego lektora.

Wracając jednak do pracy zawodowej – to właśnie wtedy, gdy w pełni zdałem sobie sprawę z tego, że nie będę mógł już tworzyć nowych urządzeń, przypomniałem sobie o fonoskopii i dawno obejrzanym filmie z panem Fronczewskim.

Jaką Pan wówczas podjął decyzję w kwestii dalszego zatrudnienia?

Kiedy doszedłem do wniosku, że jestem zmuszony „przeformatować” swoją ścieżkę zawodową i podjąć się nowych wyzwań, zacząłem intensywniej uczyć się programowania na wyższym poziomie (języki C/C++), aby móc pisać programy z wykorzystaniem komputera jako bazy, a nie jak do tej pory – konstruowanych przez siebie prototypów urządzeń. Przede wszystkim jednak rozpocząłem intensywne „odkurzanie” swojej wiedzy w zakresie językoznawstwa, a w szczególności fonetyki i fonologii, bo miałem intuicję, że bez tego ani rusz w dziedzinie fonoskopii.

Akurat wtedy (był rok 2002), zostały podpisane uzgodnienia pomiędzy przedstawicielami Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych i Policji, na mocy których miało dojść do utworzenia w Policji wielu nowych miejsc pracy i zatrudnienia osób niepełnosprawnych. Zaistniały więc sprzyjające okoliczności, bym mógł zacząć realizować swoje nowe marzenia i pomysły związane z fonoskopią.

Jakie warunki musiał Pan spełnić, by zostać przyjętym do pracy w Policji? Jak Pan się odnalazł w tym nowym i chyba dość hermetycznym środowisku?

Miałem odpowiednie wykształcenie, wiedzę akademicką, pomyślnie zdałem wymagane testy, ale brakowało mi doświadczenia. Dopiero po kilkumiesięcznym okresie niepewności, otrzymałem w końcu propozycję pracy na zasadzie „asystenta” w czteroosobowym zespole ekspertów z zakresu fonoskopii. Ponieważ bardzo mi zależało na zatrudnieniu, przekonałem osoby decyzyjne o możliwości skorzystania, w moim przypadku, ze środków PFRON. Po jakimś czasie udało się w tych ramach utworzyć dla mnie stanowisko pracy etatowej. Pojawił się jednak problem uwłaczająco niskiego wynagrodzenia. Miałem otrzymywać 700 złotych „na rękę” (bez szans na jakiekolwiek premie, dodatki, wysługę lat i inne przywileje, obejmujące pracowników Policji). Nie ukrywam, że taka perspektywa finansowa silnie mnie zdemotywowała, zwłaszcza że z takim trudem „wychodziłem” sobie tę pracę, poświęcając na to mnóstwo czasu i energii. I wreszcie, kiedy mogłem już wykonywać wymarzoną pracę, okazało się, że za oferowane wynagrodzenie nie będę w stanie się utrzymać.

Pomimo braku satysfakcji z oferowanego wynagrodzenia podjął Pan wówczas decyzję o zatrudnieniu. Jak dziś wspomina Pan tę pracę?

W Centralnym Laboratorium Kryminalistycznym (CLK) zatrudniłem się trochę „w ciemno”, na zasadzie „przeczekania”, licząc na satysfakcję zawodową (wiedząc, że o finansowej nie ma mowy).

Uzyskawszy upragniony etat, bardzo chciałem się rozwijać, uczyć czegoś nowego. Czułem jednak, że „walę głową w przysłowiowy mur”, a moje podejście i ciekawość nie są dobrze widziane. Nie chciałem pracować w takim środowisku i poważnie zastanawiałem się nad moją dalszą zawodową przyszłością. I wtedy, na szczęście, pojawiło się światełko w tunelu – jedna z moich ówczesnych koleżanek w pracy, osoba z najdłuższym stażem, zaproponowała mi pracę, na zasadzie zleceń, w prywatnej firmie zajmującej się badaniami fonoskopijnymi.

Rozumiem, że ta propozycja stała się zaczątkiem Pana dzisiejszej działalności. Jak wyglądała ta nowa praca?

Zacząłem od prostych odsłuchów i powoli, ucząc się na własnych błędach i korygowany przez moją nauczycielkę, dochodziłem do coraz większych umiejętności. Przekonałem się wówczas, że za tą profesją stoi ogromna specjalistyczna wiedza oraz praktyka, którą uczeń będzie zdobywał indywidualnie, pod okiem wysoko wykwalifikowanego nauczyciela, jeśli ten zechce wziąć odpowiedzialność za ewentualne błędy swojego ucznia. Przekonałem się też, że aby zostać specjalistą w tej dziedzinie, trzeba cierpliwie, krok po kroku, zdobywać określoną wiedzę i doświadczenie, i że nie ma tutaj drogi na skróty. Upłynęło sześć lat zanim otrzymałem rekomendację do wykonywania obowiązków samodzielnego biegłego z zakresu fonoskopii.

W czasie współpracy z firmą mojej nauczycielki starałem się „odwdzięczyć” swoją wiedzą. W tym właśnie okresie miałem możliwość testowania własnych nowatorskich metod badawczych pod okiem mojej nauczycielki. Dzięki temu, jako pierwsi w kraju weszliśmy w erę nagrań cyfrowych wyposażeni w podstawowe metody badawcze.

Moje zaangażowanie w działalność firmy rosło, co skutkowało otrzymywaniem coraz poważniejszych zleceń.

Gdy jednak zwróciłem się z propozycją zatrudnienia mnie na etat, okazało się to niemożliwe (wcześniej, nie widząc szans na jakikolwiek rozwój i godną płacę w Policji, złożyłem tam wypowiedzenie).

I wtedy postanowił Pan o założeniu własnej działalności. Czy była to trudna decyzja?

Myślę, że długo jeszcze mógłbym trwać w sytuacji zależności od mojej „nauczycielki” i jej firmy, biorąc zlecenia na umowę śmieciową. Posiadając jednak tytuł biegłego sądowego z zakresu fonoskopii, postanowiłem wziąć „sprawy w swoje ręce”, zwłaszcza że moja komplikująca się sytuacja rodzinna wymagała radykalnych rozwiązań. Postanowiłem wtedy założyć własną firmę. Z początku wyglądało na to, że będę współpracował z moją dotychczasową firmą, jednak po niedługim czasie nasze drogi się rozeszły. Uważam, że stało się to ze szkodą dla obu stron. Jest dużo bowiem korzystniej pracować nad trudnymi sprawami w grupie ekspertów, bo jak mówi przysłowie: „Co dwie pary uszu, to nie jedna”.

Dziś, mając wiele zleceń i ugruntowaną pozycję na rynku, prowadzi Pan z powodzeniem swoją firmę. Jak Pan sądzi – czy jest to odpowiedni rodzaj pracy dla osób niewidomych albo z poważnymi problemami wzrokowymi?

Mając już pewne, bo około dziesięcioletnie doświadczenie i przemyślenia w tej materii, uważam, że praca w tak szerokiej, interdyscyplinarnej dziedzinie, jaką jest fonoskopia, wymaga nie tylko szerokiej wiedzy z wielu dziedzin, ale także dojrzałości emocjonalnej oraz czegoś, co można by określić jako ogólne doświadczenie życiowe – są to cechy, które nabywa się z biegiem lat. Tego czegoś nie ma się zaraz po studiach – doświadczenie i wiedza przychodzą z czasem, i to też pod warunkiem, że potraktuje się karierę biegłego jako właściwą ścieżkę zawodowego rozwoju, a nie jako przysłowiową „fuchę odwalaną po godzinach pracy na etacie”. Uważam, że bycie biegłym sądowym jest trochę jak bycie muzykiem czy sportowcem – wszystko trzeba postawić na jedną kartę, bo bez codziennej praktyki nie będzie wyników. Bycie kiepskim biegłym oznacza problemy nie tylko dla samego biegłego, ale często dla osób, w czyich sprawach biegły opiniuje.

Na wstępie naszej rozmowy wspomniałem o „uwolnieniu zawodów” i chociaż jest jakaś racja w tłumaczeniu, że należy wprowadzić nowe osoby na rynek, to jednak pojawia się poważny problem – poprzez brak odpowiednich wymogów i bez stosowania selekcji, wprowadza się na ten rynek dyletantów. Zresztą problem ten widoczny jest już po ilości spraw odwoławczych.

Moim zdaniem osoba niewidoma nie może zostać biegłym z zakresu fonoskopii. Nawet jeśli niewidomy kandydat charakteryzowałby się świetnymi predyspozycjami słuchowymi (słuch fonematyczny) oraz psychicznymi (zdolności kojarzeniowe faktów akustycznych, cierpliwość, odporność na frustrację oraz znużenie wykonywaniem żmudnych czynności odsłuchowych), to osoba pozbawiona wzroku nie będzie w stanie posługiwać się graficznymi metodami analizy dźwięku, a bez tego pełna analiza fonoskopijna jest po prostu niemożliwa. Osoby niewidome mogą jednak wykonywać prace odsłuchowe, co może przynosić niebagatelne korzyści ekspertowi, odciążając go od niejednokrotnie żmudnych i czasochłonnych czynności.

Osoby słabowidzące mają szansę na karierę biegłego z zakresu fonoskopii, pod warunkiem jednak, że ograniczenia wzrokowe nie będą stanowiły przeszkody w sprawnym korzystaniu z wizualnych metod analizy dźwięku. Szczególnie ważna jest umiejętność czytania tzw. spektrogramów – takich „obrazków”, które reprezentują dźwięk w wymiarze czasu, częstotliwości i natężenia. Konieczne jest też sprawne czytanie wykresów statystycznych, przeróżnych grafów, drzew i innych struktur wizualizujących dane dźwiękowe. Cenne są także umiejętności edycyjne, gdyż biegły zazwyczaj sam przygotowuje swoje ekspertyzy do druku. Zgodnie z porzekadłem: „Jak cię widzą, tak cię piszą” – niechlujna ekspertyza świadczy o biegłym.

Jakie, Pana zdaniem, cechy, wykształcenie i predyspozycje powinny mieć osoby zainteresowane taką pracą?

Jak już wcześniej wspomniałem, kandydat na biegłego z zakresu fonoskopii musi mieć „anielską cierpliwość”. Bywa, że po czterogodzinnej sesji odsłuchowej, prace posunęły się o zaledwie trzydzieści sekund, a do końca nagrania pozostały jeszcze dziesiątki minut. Zleceniodawca pogania, straszy karą pieniężną, a z drugiej strony nie można przekazać ekspertyzy niepełnej, a już na pewno zawierającej błędy odsłuchowe. Trzeba więc mieć wysoką odporność na stres i frustrację wynikającą z niewystarczającej wydajności wykonywanej pracy. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jeden czynnik – umiejętność nabierania dystansu do analizowanych nagrań. Nie są to bynajmniej sielankowe słuchowiska, ale nader często ludzkie problemy, dramaty, a nierzadko i tragedie. Tego wszystkiego trzeba dotknąć, by dobrze wykonać swoje zadanie. Jednocześnie trzeba mieć wystarczająco dużo siły, by umieć się zdystansować i „zamknąć sprawę w głowie” wraz z oddaniem ekspertyzy zleceniodawcy. Poza tym biegły z zakresu fonoskopii musi umieć słuchać otoczenia, by wyłowić istotne procesowo informacje. Nie bez znaczenia są umiejętności identyfikowania mówców, bez wspierania się informacją wzrokową. Niewłaściwie przyporządkowane wypowiedzi poszczególnym rozmówcom mogą mieć fatalne skutki procesowe!

Tyle słuch i psychika. Trzeba także rozumieć mechanizmy rządzące mową. Nie jest to łatwa dziedzina, wymaga bowiem od eksperta szerokiej wiedzy z zakresu akustyki mowy, językoznawstwa, w tym psycholingwistyki i socjolingwistyki. Do tego dochodzi szeroki wachlarz zagadnień ścisłych, takich jak akustyka, elektronika, a obecnie także informatyka (wszak żyjemy w dobie nagrań cyfrowych, a komputer stał się bardziej powszechny niż szczoteczka do zębów).

Bycie biegłym to z jednej strony wiedza, z drugiej pasja, z pozostałych stron – doświadczenie i rzemiosło. Te wszystkie elementy muszą ze sobą współgrać. Na końcu dopiero pojawia się artyzm. Jeśli ktoś jest tylko „rzemieślnikiem”, nie mającym chęci na stały rozwój, to nie będzie z takiej osoby dobrego biegłego.

Można powiedzieć, że osoby niewidome są niejako skazane na wysoką wrażliwość słuchową – brak informacji wzrokowej wymusza „wyostrzenie” innych zmysłów, w tym przede wszystkim słuchu. Nie oznacza to, że niewidomy będzie miał „z automatu” świetny słuch fonematyczny, albo też świetnie będzie interpretował i analizował słyszane dźwięki z otoczenia. To, co jest istotne dla praktyki fonoskopijnej, to w pełni uświadomiony proces postrzegania dźwięków, a kompensacja słuchowa u wielu niewidomych działa na poziomie podświadomości. „Ja po prostu słyszę i z tego korzystam” – powiedział mi kiedyś niewidomy kolega, zapytany przeze mnie – jak to jest „tylko słyszeć”?

Po tej dawce teorii, być może zniechęcającej niektóre osoby do zajęcia się fonoskopią, proszę opowiedzieć trochę o tym, jak konkretnie wygląda Pana praca. Na co zwraca Pan szczególną uwagę, może jakieś przykłady…

Podstawowym zadaniem biegłego z zakresu fonoskopii jest opracowywanie dowodu w postaci nagrania dźwiękowego dla celów procesowych. Zasadniczo badania fonoskopijne koncentrują się wokół trzech zagadnień: spisywanie treści wypowiedzi rozmówców, identyfikacja rozmówców (porównywanie „głosów” z nagrania z wytypowanymi osobami) oraz badanie autentyczności nagrań (tzn. sprawdzanie, czy dany zapis dźwiękowy jest oryginalny, czy nie był poddawany jakimkolwiek próbom manipulacji zawartych w nim informacji). Bardzo często nagrania powstają w sposób spontaniczny, niezaplanowany, w sytuacjach ekstremalnych, gdzie do głosu dochodzą skrajne emocje. Współczesna praktyka śledcza oraz procesowa dopuszcza użycie nagrania dźwiękowego jako dowodu w sprawie. Ponieważ opracowanie procesowe dowodu w postaci nagrania wymaga wiadomości specjalnych, przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości (funkcjonariusze służb, prokuratury, sądy) powołują biegłego, któremu zlecają wykonanie ekspertyzy fonoskopijnej z dowodu w postaci nagrania dźwiękowego.

Zadaniem biegłego jest pozyskanie jak największej ilości wartościowych procesowo informacji przy jednoczesnym zachowaniu najwyższych standardów jakości prowadzonych badań. Osoba o przeciętnym słuchu i braku odpowiedniego zaplecza technicznego nie jest w stanie „w warunkach domowych” pozyskać istotnych dla sprawy informacji. Co gorsza, wykonane „domowym sposobem” ekspertyzy bywają silnie obciążone w wyniku zaangażowania wykonawcy takiej ekspertyzy w toczące się postępowanie. Pamiętam, jak pewna klientka przedstawiła całą „love story” swojego męża, podczas gdy rejestrujący rzekome rozmowy męża z kochanką dyktafon umieszczony był w miejscu uniemożliwiającym zarejestrowanie jakiejkolwiek rozmowy. Częstym zjawiskiem jest przedstawianie przez strony już na etapie procesowym gotowych stenogramów, w których roi się od błędów odsłuchowych spowodowanych zaangażowaniem emocjonalnym osoby wykonującej stenogram.

Jedną z ważniejszych cech psychicznych kandydata na biegłego z zakresu fonoskopii jest więc odporność na „teorie spiskowe” oraz zdolność ścisłego kontrolowania wyobraźni, która potrafi podpowiadać przeróżne niestworzone historie w trakcie prac odsłuchowych. Biegły musi więc być maksymalnie krytyczny wobec efektów swojej pracy, i dobrze jest, jeśli w swojej praktyce bardziej kieruje się „szkiełkiem i okiem” niż wrażeniami i odczuciami. Ważne jest też ograniczanie źródeł informacji, które mogłyby sugerować określone treści w odsłuchiwanej rozmowie. Dobra praktyka każe powstrzymanie się od wertowania akt sprawy, czy prowadzenia „naprowadzających na temat” rozmów ze zleceniodawcą podczas wykonywania prac odsłuchowych.

Jak już zauważyłem, jakość badanych nagrań bardzo często odbiega od standardów studyjnych. Tak więc niejednokrotnie prace nad niskiej jakości materiałem dźwiękowym przeciągają się w nieskończoność. Zdarza się bowiem, że ekspert w ciągu czterogodzinnej sesji odsłuchowej jest w stanie prawidłowo odsłuchać wypowiedzi z fragmentu nie przekraczającego 30 sekund. Co gorsza, w trakcie prac weryfikacyjnych często okazuje się, że wcześniej odsłuchany fragment zawiera błędy, a więc pracę trzeba powtórzyć kolejny raz, aby uniknąć dalszych pomyłek. Na pytanie zleceniodawcy, „dlaczego tak drogo i dlaczego tak długo”, należy z dużą dozą cierpliwości wyjaśniać, że biegły z zakresu fonoskopii nie posiada żadnego cudownego programu rodem z amerykańskiego serialu „CSI: Kryminalne zagadki Miami”, który za biegłego wykona „czarną robotę”. Tak samo nie wystarczy włożyć słuchawek na głowę i wio…, a stenogram z godzinnego nagrania o niskiej jakości będzie gotowy następnego dnia.

A czy praca biegłego nie wiąże się z jakimiś wątpliwościami natury etycznej? Czy takie dokładne odsłuchiwanie a następnie opisywanie, nie jest zbyt obciążające dla Pana?

Oczywiście, jest to pewien problem, ponieważ w tej pracy dotykam najbardziej intymnych sfer ludzkiego życia. W dodatku takich, które osoby nagrane na ogół chciałyby ukryć.

Rzecz jasna obowiązuje mnie ścisła tajemnica co do treści wykonywanych ekspertyz. Muszę więc kontrolować, co i ile mówię na temat swojej pracy.

Na jakich nośnikach przesyłane są Panu te nagrania?

Praktycznie na wszystkich, na przykład na kartach pamięci, na dyskach. Dziś każdy z nas ma jakąś komórkę czy dyktafon, dlatego możliwość nagrywania jest powszechna.

Jak wygląda ekspertyza fonoskopijna? Ile orientacyjnie stron zajmuje takie, powiedzmy, dwudziestominutowe nagranie?

To zależy od „dynamiki” analizowanej sprawy. W tym przypadku może to zajmować około 30-40 stron.

Często mylone są dwa pojęcia – stenotypia i spisywanie treści wypowiedzi na potrzeby procesowe. Zawsze więc pytam, czy chodzi o zwykłe spisanie słyszanych treści, streszczenie, czy o ekspertyzę zawierającą stenogram – opracowanie materiału dźwiękowego do celów procesowych.

Jeśli chodzi o ekspertyzę, to ja mam swój indywidualny, wypracowany przez lata praktyki styl. Ale tak naprawdę to przydałby się porządny podręcznik i opracowanie standardów. Aktualnie bowiem nie ma wytycznych, jak powinna wyglądać taka ekspertyza.

Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę satysfakcji z tej niełatwej, wymagającej dużo czasu, cierpliwości i uwagi, ale chyba jednocześnie nie nudnej pracy.

Renata Nowacka-Pyrlik, instruktor rehabilitacji podstawowej niewidomych i słabowidzących


Artykuł publikowany w ramach projektu „TYFLOSERWIS 2016 - INTERNETOWY SERWIS INFORMACYJNO-PORADNICZY", dofinansowany ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.